czwartek, 25 sierpnia 2016

Informacje

Witajcie!

Oficjalnie zawieszam tego bloga. Dla wszystkich zainteresowanych, jeśli ktoś jeszcze czasami tu wchodzi i czyta to. Więcej nie będę już nic tutaj dodawać, przynajmniej nie na razie. Zastanawiam się nawet nad usunięciem go. Już myślałam wcześniej, żeby to napisać, ale stwierdziłam, że jeszcze chwilę poczekam, może zmienię zdanie. Nie zmieniłam. Jestem okropną blogerką. Zaczynam pisać opowiadanie i go nie kończę, nie dodaję nic przez długi czas, bo albo nie mam weny, albo cierpię na brak czasu. Chyba się do tego nie nadaję, więc na razie kończę z tym. Może jeszcze wrócę do blogowania. To się jeszcze zobaczy. 
Jeśli jeszcze będę coś teraz dodawać to jedynie na Wattpadzie, o tutaj: >klik<. Możliwe, że dalej będę tam kontynuować pisanie tego "opowiadania" lub będę dodawać coś innego, bo pisać nie przestanę. Dziękuję za wszystkie wasze komentarze i motywację do dalszego pisania. :) 
Może jeszcze wrócę.

Do zobaczeni :)

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Rozdział 7

Pod drzwiami do sali balowej czeka na mnie król. Dowódca odsuwa się ode mnie. Staje w cieniu. Nie jestem tchórzem, nie boję się… Nie niczego, ale tego, co może mnie dziś spotkać. Jednak, kiedy Damen odsuwa się ode mnie, chłód otacza mnie z każdej strony. Otacza mnie samą. Choć mężczyzna o przenikliwie niebieskich oczach stoi tuż za mną a w uszach rozbrzmiewają mi jego słowa, choć jest tutaj, by mnie chronić, czuję się samotna. Jest to uczucie, które towarzyszy mi od bardzo dawna, ale jego obecność nigdy mi nie przeszkadzała. W tym momencie wzmaga mój strach, który staram się zdusić jeszcze w zarodku. Czuję jego spojrzenie na sobie. Nie mogę jednak skupiać uwagi na generale, ponieważ przede mną stoi władca, którego będę zabawką tego wieczoru. Nie pozwolę mu, jednak długo cieszyć się zabawą mną. Może tak myśli, ale nie jestem jego kukiełką czy marionetką. Nigdy nie pozwolę, by zawiązał mi na kostkach i nadgarstkach sznurki, za które będzie mógł następnie pociągać. Nie dopuszczę do tego.
— Wyglądasz zjawiskowo — komentuje władca, podając mi swe ramię. Chwytam je z niesmakiem. Wchodzimy do sali balowej. Jestem zadowolona, że Damen idzie za mną. Nawet on nie uratuje mnie przed ostatecznym wyrokiem władcy, który może wydać na mnie w każdej chwili, ale pokrzepiająca jest, że Damen jest tutaj… z mojego powodu.
Zaraz na wejściu otrzymujemy po kieliszku szampana. Uważnie przyglądam się całej sali. Szukam wśród znajdujących się tu gości trzech strategów. Jak na razie nie dostrzegam tychże postaci. Może okazać się to bardzo trudnym zadaniem. Jeszcze dwa dni temu nie wiedziałam, iż ktoś taki istnieje. Król zostawia mnie na chwilę i staje na podniesieniu po drugiej stronie sali. Oznajamia, że bal czas rozpocząć. Wraca do mnie i prosi mnie do tańca. Nie jestem pewna czy złapać jego dłoń wciągniętą w moją stronę — pomarszczoną ale silną zarazem dłoń mordercy. Poznaczoną żyłkami, bruzdami i bliznami. Nie tylko ofiara ma blizny po zaciętej walce o życie. Trucizna zostawia ślady również na dłoniach mordercy.
— Nie umiesz tańczyć?
— Nieszczególnie.
Nie zdaje się być tym zdenerwowany. W ogóle nie obchodzi go to.
— Taniec nie będzie trudny. Ja będę prowadził. Staraj się nadążyć. Podobno szybko się uczysz — mówi z przekąsem. — Każę, by nauczyli cię tańczyć. Tak, byś na każdym kolejnym balu mogła tańczyć zawodowo.
Odkładam niewypity kieliszek szampana na tacę służącego i podaję dłoń władcy. Wykonujemy pierwszy taniec. Czuję się niepewnie. Król jest za blisko mnie. Jego twarz o chłodnym i ostrym wyrazie zbliża się do mnie. Jego ciało mnie obrzydza, każda jego myśl, jego czyn. Wszystko, co wiąże się z nim, obrzydza mnie.
 Wszyscy mogą mnie oglądać. Czuję, jak wzrok gości skupiony jest na mnie. Obgadują mnie. Sprowadził swoją nową laleczkę na bal. Ale ja nią nie jestem. Jestem kandydatką do pojedynku, jestem tutaj tylko i wyłącznie z rozkazu władcy. Nie jestem jego zabawką. Nie wykorzysta mnie. Czy ja siebie słyszę? Jestem tu z jego rozkazu. Już mnie wykorzystuje. Nie pozwoliłby mi tu zostać, bez korzyści dla niego płynących z tej zgody. Nie pozwolę, jednak, by całkowicie nade mną zapanował. Nie zatańczę tak, jak mi zagra. To ja stworzę odpowiedni dźwięk, do którego zagram swą sztukę, zwaną życiem. To moje życie, więc ja jestem reżyserem tej sztuki, która mam nadzieję, nie stanie się farsą albo tragedią.
Staram się nie pogubić w krokach. Za dużo oczu jest skupionych na nas, bym mogła sobie pozwolić na błąd. Tańczę z władcą, tu nie ma miejsca na błędy.
Po skończonym tańcu, usuwamy się na bok. Trzymam króla pod ramię. Nie sądzę, by wolno mi było go puścić. Podchodzi do nas służący z trunkami na złotej tacy. Nie przyjmuję napoju. Wolę mieć jasny umysł. Jakaś starsza para okropnie bogatych arystokratów podchodzi do nas. Władca zaszczyca ich sztucznie miłym uśmiechem. Oni robią tak samo. W tym miejscu nie ma szans na szczerość. W tym świecie króluje obłuda i fałsz, kłamstwa i zdrady. Prawda została wyparta wieki temu.
Mężczyzna z kilkoma kilogramami nadwagi i krótką, białą brodą ma na sobie drogi garnitur. Jego frak jest zrobiony z błyszczącego materiału ozdobionego małymi kryształkami. Jego szczupła żona ma strój idealnie dopasowany barwami do jego ubioru. Gorset opina ją tak mocno, aż jej piersi wypływają wręcz z dekoltu. Jest zielony z siateczką, ogromna spódnica z dużą ilością falban o ton ciemniejsza od góry. Włosy ma upięte na samiutkim czubku głowy. Jej suknia jednak nie jest aż tak zachwycająca jak moja, czego ona ma pełną świadomość. Patrzy na mnie z zazdrością. Z chęcią, jeśli tego pragnie, zamieniłabym się z nią, tylko by móc w ten sposób odsunąć się od tego potwora.
Teraz kiedy porównuję tego arystokratę z władcą, u którego boku stoję, zauważam jak postawny król jest. Odznacza się wzrostem, choć mój generał jest jeszcze wyższy, nie ma nadwagi, chociaż nigdy nie walczy, jedynie siedzi na swoim tronie i wydaje rozkazy, wyroki śmierci. Lecz wręcz przeciwnie jest dobrze zbudowany. Nie jakiś atleta jak mój generał, ale jego budowa jest o niebo lepsza od tego magnata.
— Witam, Waszą Wysokość! — Kłania się lekko małżeństwo.
— Witaj, Stary Lordzie Ortus. Jak tam twój dobytek?
— Ciągle się powiększa — mówi. Jego głos jest chropawy. Nagle oboje wybuchają śmiechem. Jedynie jego żona nie spuszcza ze mnie wzroku.
— Widzę, Mości Królu, że jakaś niewiasta stoi u twego boku.
— Może już nie jest niewiastą? — Spogląda na swoją żonę, po czym wraca wzrokiem do króla.
Otwieram szeroko oczy. Jestem wściekła. Czyli, że co? Wychodzą z założenia, że jestem jego dziwką? Że sypiam z nim? Mogłam się tego domyślić. W zasadzie to przypuszczałam od początku, że wszyscy w tej Sali tak będą o mnie od teraz myśleć, ale przez ten cały czas, aż do teraz wypierałam to ze swego umysłu.
— Nie uważacie, że jest piękna? Te oczy nie hipnotyzują? Nie wiem jeszcze jak się sprawia, ale jak się dowiem, to z chęcią zdam ci relacje.
Znowu rechoczą. A ja ściskam jedną wolną dłoń w pięść. Stoję tutaj, a oni mówią o mnie tak, jakbym nie istniała. Bo dla nich ja nie istnieję. Dla nich jestem nikim.
Rozmawiają jeszcze przez jakiś czas. O wojsku. O pieniądzach. O zbliżającym się Pojedynku Krwi. Ja tylko zastanawiam się jak uciec od tego potwora, z którym tańczyłam, u którego boku muszę stać przez cały wieczór. Kiedy odchodzą, władca wypija jeszcze jeden kieliszek wina lub innego alkoholu. Następnie ciągnie mnie lekko na bok. Przysuwa mnie do siebie. Obejmuje mocno w pasie. Jego usta zbliżają się w moją stronę. Czuję jak całe moje ciało drętwieje. Nie mogę złapać oddechu. Moje płuca zwężają się boleśnie. Całą swoją siłę wkładam w to, by odsunąć się od niego, nim jego usta zetkną się z moimi. Obracam się w przeciwną do niego stronę i wychodzę z komnaty. Odchodzę od niego, wiedząc, że spotka mnie za to surowa kara. Nie boję się jej.
Kiedy wychodzę z sali, przez sekundę miga mi sylwetka dowódcy. Nie zwracam na to uwagi. Wychodzę na korytarz a następnie zaczynam biec. Po raz pierwszy nie ma za mną moich strażników. Wybiegam na zewnątrz. Zaczerpuję głęboko powietrza. Idę w stronę majestatycznych ogrodów.
Siadam na ławce i spoglądam w skrzące się od gwiazd niebo.
— Twój blask jest jaśniejszy niż tych gwiazd — słyszę nagle głos Damena. Odwracam głowę w jego stronę.
Podchodzi do mnie i siada na skraju ławki. Odsuwam się do niego na tyle, na ile pozwala mi na to ławka.
— Co ci zrobił? — Spogląda na mnie. Jego twarz oblewa światło gwiazd. Włosy błyszczą. Nie pozwalam sobie za często myśleć i spoglądać na tego przystojnego mężczyznę, nie może mnie to rozpraszać, mam zadanie do wykonania, ale teraz nie potrafię obrócić się od niego obojętnie. Jego oczy skrzą olśniewającym blaskiem w świetle księżyca. Czy można aż tak głęboko zatonąć w spojrzeniu czyichś oczu?
Otrząsam się szybko z tego. Nie wolno mi się tak zachowywać. Muszę powściągać swe emocje, uczucia i pragnienia, ponieważ to nasz słaby punkt. Nie mogę pozwolić, by ktokolwiek je dostrzegł. Świat ani moi przeciwnicy, gdyż wykorzystają to przeciwko mnie. Lepiej cierpieć cicho w sobie, ale wygrać. A uczucia to nasz najsłabszy punkt, pięta achillesowa, kiedy twój przeciwnik je dostrzeże, jesteś na straconej drodze, dlatego muszę je ukryć pod ciemną peleryną, tak by nikt ich nie zauważył.
— W zasadzie jeszcze nic. Chciał mnie pocałować, ale uciekłam mu. Nawet jeśli spotka mnie za to kara, nie żałuję swojej decyzji.
— Wiem — odpowiada tak po prostu, jakby znał wszystkie moje tajemnice.
Milczymy przez dłuższą chwilę, w końcu Dowódca odzywa się:
— Czuję, że lepszej chwili już nie będzie. Obiecałem ci swą historię za twą. Wiem, że nie usłyszałem całej prawdy od ciebie, ale niektóre chwile wolą pozostać ukryte. Powiem ci, jak tutaj trafiłem. Pochodziłem z biednej rodziny. Ojca w zasadzie nie znałem. Służył temu krajowi mężnie. Zginął w jednej z walk. Została mi tylko mama, która musiała utrzymać mnie i moją starszą siostrę. Zaraz po objęciu władzy przez naszego obecnego władcę odbywały się masowe zbrodnie. Czystki. Po prostu w nocy jego żołnierze napadali i zabijali niewinnych ludzi. To trwało przez kilka lat. Nie wiem czy to pamiętasz? Miałem  sześć lat, kiedy w taki sposób zginęła moja matka. Dwa lata później zginęła moja siostra.
— Jak się nazywała? — pytam, przejęta całą tą historią.
— Blanche. Miała zaledwie siedemnaście lat. Kiedy na noc nie wróciła do domu po pracy, poszedłem jej szukać. Znalazłem ją w okolicznym zaułku. Nieżywą. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co zrobił z nią strażnik, nim zabił ją. Miałem zaledwie osiem lat. Nie potrafiłem sam się utrzymać, tak by przeżyć. Po jakimś czasie, gdy wykorzystałem każdy grosz i każde jedzenie jakie znalazłem w domu, zacząłem głodować. Któregoś dnia znalazł mnie bogaty arystokrata. Nie miał ze swoją żoną dzieci, nie mogli ich mieć, chociaż bardzo pragnęli. Powiedział mi kilka lat później, że kiedy zobaczył mnie, poczuł nadzieję, iż jednak może wychować dziecko. Może je mieć. Wziął mnie ze sobą do domu. Doprowadził do czystości, dał jeść. Dostałem swój pokój. Wysłał do najlepszej szkoły. Gdyby nie to, nie miałbym tak dużej wiedzy. Chociaż tyle, że moi rodzice umieli czytać i pisać, więc nauczyli mnie tego. Ale tam poznałem historię, geografię. Matematykę. Ale co najważniejsze obdarzyli mnie miłością. Dostałem od nich, coś za co nigdy nie będę mógł wystarczająco podziękować. Dali mi drugą szansę. Gdyby nie oni, nigdy byśmy się nie spotkali, bo nie dożyłbym tej chwili. Wtedy stwierdziłem, że szczęście istnieje, że na tym świecie dalej są dobrzy ludzie. Jakiś czas po tym jak zamieszkałem u nich, zacząłem nazywać ich ciocią i wujkiem, sam nie wiem czemu. Nie byli zemną spokrewnieni. Ale kiedy zauważyłem uśmiech na jej twarzy, wiedziałem, że ich to uszczęśliwia, tak wiec zostało. Właśnie moja ciocia nauczyła mnie grać na fortepianie, również tańczyć, dobre maniery, których używa się na salonach poznałem od niej. Byli bardzo wpływowi. Chodzili na każde przyjęcie urządzane w pałacu. Choć jak zauważyłem raz przy jednym z naszych posiłków i wiele razy później, nigdy nie lubili i dalej nie lubią naszego obecnego władcy, w odróżnieniu od poprzednich rządzących. Śmieją się z niego i wyzywają go przy każdej możliwej okazji, ale uchodzą za ważnych gości na królewskim dworze. Pierwszy raz poszedłem z nimi do zamku na przyjęcie w wieku czternastu lat. Jakiś czas później zorientowałem się, że robią to po to, bym mógł dzięki temu coś zyskać. Widzisz teraz, co zyskałem. Choć wziąłem udział w Pojedynku Krwi, dostałem jak na razie dożywotnią posadę generała. To było zamierzone. Chcieli, bym uzyskał wysokie stanowisko, by inni nie uważali mnie za nikogo.
Patrzę na niego, poruszona jego historią, choć jego wzrok skierowany jest w dół. Spotkało go tyle bólu, stracił całą rodzinę, ale dwójka ludzi dała mu nadzieję. Życie nauczyło go być takim, jakim jest. Ale on nie jest zły. Jego postawa mówi co innego, ale wnętrze jest z tym całkowicie sprzeczne.
—  W zamian za twoje tajemnice, za twoją historię. Chcę ci podarować kilka moich tajemnic. Chcę ci podarować swoje zaufanie, w zamian za to, że ty podarowałeś mi swoje własne. Jest to trudna sztuka zaufać komuś, dlatego dziękuję ci za to.
Otulam nogi ramionami. Przykładam głowę do kolan. Materiał sukni łaskocze mnie delikatnie.
— Wszystko, co powiedziałam ci tamtego dnia było prawdą. Zostawiłam jednak sobie kilka tajemnic. Tajemnic, których się wstydzę, których się boję i takie, które są tak piękne, że boję się, iż gdy wypowiem je na głos, stracą swą wartość. Mam prawo ich nie wypowiadać na głos, ale chcę to zrobić. Bo chcę ci zaufać. Chcę ci podarować swoje zaufanie i właśnie to robię. — Przełykam głośno ślinę. To trudne, co chcę powiedzieć, ale czuję, że trzymanie tego w sobie jest jeszcze trudniejsze. Boleśniejsze. — Osoba, którą zabito, to naprawdę bliska mi osoba. To był Adam. Mój najlepszy przyjaciel od niepamiętnych czasów. Kochałam go. Jego śmierć nas rozdzieliła, gdyby nie to, teraz byłabym z nim. Czuję jakbym straciła część siebie. Nawet nie zdążyłam się z nim pożegnać. Wbili mu miecz w pierś na moich oczach, a przecież nie mieli do tego prawa. Nikt nie ma prawa odbierać innym życia, bo on go nie daje. Czułam jak mój świat upadł. — Czuję jak po moich policzkach spływają łzy. Starałam się przez długi czas chować to w sobie, ale dłużej już nie potrafię. To za trudne, nie ruszę naprzód, dopóki nie rozprawię się z przeszłością. — Było trzech strażników. Chciałam ich zabić. Ale ja byłam tylko jedna. Rzucili się na mnie. Nie potrafiłam się bronić. Zgwałcili mnie. — Po raz pierwszy wypowiadam to słowo na głos. Czuję się jakby lżejsza. I jednocześnie czuję jak ból rozrywa moje serce. — Wtedy poczułam, że nie istnieję i jednocześnie, iż tak wszystko nie może się skończyć. Nie teraz, nie tak. Zabiłam ich. I nawet wtedy, gdy wbijałam w każdego po kolei nóż, kiedy ginęli, czułam się okropnie, chociaż to oni są potworami, nie ja. Czułam się jakbym to ja była tą złą.
— Ale nią nie byłaś i nie jesteś. Nie jesteś zła, nie jesteś potworem. Zrobiłaś to, co powinnaś. Uratowałaś się.
— Nieprawda. Straciłam siebie. Zabrali mi mnie.
Wstaje i klęka przy mnie, Podnoszę głowę. Spoglądam na niego.
— To nieprawda. Tylko ty decydujesz o tym kim jesteś, jaka jesteś i jaka będziesz. Ty decydujesz o swoim życiu i losie, nikt inny nie ma prawa podjąć za ciebie tej decyzji. A tych mężczyzn powinny najpierw spotkać okropne tortury, nim zginęliby. Taka jest prawda. Jesteś dobrym człowiekiem, Lilian. Wszystkie zalety jakie kiedyś wymieniłaś, są prawdą. Nie pozwól, by ludzie zmienili twoją perspektywę patrzenia na siebie, bo taka ty, jaka jest tu teraz, jest najlepsza. Jesteś uparta, bezczelna, odważna, silna, piękna, inteligentna, wrażliwa, zarozumiała, szczera. Prawdziwa. Ty jesteś prawdziwa i jedyna. Tylko prawdziwym cudom należy się największy blask. Z twojego serca bije ogromny blask, ponieważ jesteś tym cudem. A teraz, czy mogę prosić, panią, do tańca?
Spoglądam na niego z lekkim uśmiechem i rumieńcem na twarzy. Ocieram łzy z policzków. Kładę swoją dłoń na jego. Wstaję.
— Ale ja nie umiem tańczyć.
— Tym się nie martw.
Jedną moją dłoń układa na swoim ramieniu, a drugą ujmuje i obejmuje mnie w tali. Choć nie słyszymy dobiegającej ze środka muzyki, tańczymy. Damen jest naprawdę dobrym partnerem do tańca. Zamykam oczy i pozwalam mu się prowadzić, aż nasze ciała zbliżają do siebie bardzo blisko, niebezpiecznie blisko. Wtedy otwieram oczy. Spoglądam w jego. Jego tęczówki mają odcień głębokiego błękitu. Są piękne.
Odsuwamy się od siebie. Na moją twarz wypływa rumieniec. Siadam z powrotem na ławkę. Spoczywa obok mnie.
— Czy dalej ich odwiedzasz? — pytam nagle.
— Kiedy tylko mam czas. Przyjeżdżam do nich. Spożywamy razem posiłek i rozmawiamy do późnych godzin, następnie albo wracam tutaj, albo muszę wyjeżdżać na front, albo jadę do swojego domu.
— Masz swój dom?
— Tak. Nieduży, ale postawiłem go jakiś czas temu. Staram się spędzać w tym zamku najmniej czasu, jak to możliwe.
— Z uwagi na mnie, jesteś tu częściej.
— Akurat w tym wypadku nie przeszkadza mi to.
— Żałuję, że nigdy nie udało mi się poznać moich rodziców. Nie pamiętam w ogóle ich twarzy ani głosów. Nie mam nic po nich, jedynie świadomość, że byli. Nie znam nawet imion. Nic — mówię nagle.
— Chodź. Pozwól, że coś ci zagram. — Wyciąga w moją stronę dłoń.
— Nagle polubiłeś to, Damenie?
— Zawsze to lubiłem. Ale dzięki tobie, chcę grać.
Przyjmuję jego dłoń bez żadnego zawahania. Dłonie mi się już nie trzęsą.
Przemykamy do biblioteki. Na szczęście nikt nas nie zauważa. Pokój jest jasno oświetlony dzięki księżycowi i gwiazdom. Damen siada na krzesełku przy fortepianie, zostawiając dla mnie miejsce. Siadam obok niego. Układam dłonie na sukience i wsłuchuję się w melodię, tworzoną przez chłopaka. Jest piękna. To nie sama pieśń wyuczona na pamięć, to płynie z jego serca, czuję to, słyszę to i nie mogę przestać wychodzić z podziwu dla jego talentu i zamiłowania do gry na pianinie. Po dłuższej chwili opieram głowę na jego ramieniu. Zamykam oczy, zatracając się całkowicie w muzyce. Nie wiem nawet, kiedy odpływam.

Otwieram powoli oczy. Mrugam kilkukrotnie. Zauważam, że to już ranek. Mój umysł stwierdza również, że nie jestem w swojej komnacie. Podnoszę się szybko. Nadal mam na sobie sukienkę balową. Wtedy nagle zauważam sylwetkę Damena. Śpi na sofie przy kominku. Podchodzę do niego. Moje serce uspokaja się. Już się bałam, że w jakiś niewyjaśniony sposób znalazłam się w sypialni władcy.
Spoglądam na śpiącego chłopaka. Jego jasne włosy przykrywają czoło. Kiedy śpi, wygląda tak niewinnie. Uśmiecham się odruchowo. Widzę jak się porusza i nagle otwiera oczy. Obdarza mnie przyjaznym uśmiechem. Podnosi się.
— Zasnęłaś, kiedy grałem. Nie chciałem cię budzić, więc…
— Zaniosłeś mnie do siebie? A czemu nie do mnie?
— Bo może tak chciałem…? — mówi ze śmiechem. Patrzę prosto w jego oczy. Wiem, że nie mówi prawdy. Że istnieje tego prawdziwe wyjaśnienie, którego mi nie udzielił. Nie drążę tego jednak.
— Dziękuję ci za twoją troskę, ale pozwolisz, iż już pójdę. Moje służące na pewno się o mnie niepokoją. Jak moi strażnicy. Oni to na pewno są zmartwieni. Pewnie myślą, że zabijam ich żołnierzy. Pozwól, że rozwieję ich domysły.
Uśmiecham się lekko i wychodzę.
Otwieram drzwi do swych komnat. Spoglądam na twarze swych strażników, stojących przede mną. Ich wyrazy twarzy są nieprzeniknione. Wzruszam ramionami i wchodzę do środka. W tej samej chwili podbiegają do mnie moje trzy służące.
— Gdzie byłaś przez całą noc, Lilian? Martwiliśmy się — jako pierwsza odzywa się Astrid.
Jak przyjemnie jest usłyszeć, iż ktoś się o ciebie martwi.
— Nie wiem, czy mogę powiedzieć — mówię, rumieniąc się lekko.
— Czy zaczyna się to na literkę „d” a kończy na „n”? — pyta mnie Mimi.
Uśmiecham się do niej. Ma mnie.
— Och, to dobrze, że byłaś z nim. Przynajmniej nic ci nie groziło.
Spoglądam pytająco na Celię.
Astrid zaczyna odpinać gorset mej sukienki, a Mimi rozplatać włosy.
— Tej nocy zaraz po balu jeden ze strażników przyszedł tutaj. Pytał się czy jesteś u siebie, ponieważ król chce się z tobą pilnie spotkać. Nie powiedział jakiego rodzaju ma być to spotkanie, ale chyba nie trzeba się nad tym długo zastanawiać, Lilian. Sądzę, że był bardzo zły, kiedy usłyszał, że nie ma cię w twych komnatach…
Nawet nie zastanawiam się chociażby przez chwilę o jakim rodzaju spotkaniu mówiła Celia, ponieważ dzisiaj rano po przebudzeniu przed oczami pojawił mi się właśnie taki obraz, ale szybko go od siebie odegnałam i na szczęście nie był prawdziwy. Nagle coś do mnie dociera. Zaniosłeś mnie do siebie? A czemu nie do mnie? To jest ta odpowiedź, której nie uzyskałam. Martwił się, że król może przyjść do mnie, a ja nie mogłabym na to nic poradzić. Nie chciał do tego dopuścić. Ale czemu? Czemu mu na tym zależało? Czemu się o mnie martwi?
Jedna nieznośna myśl tłucze mi się o głowę, ale ignoruję ją. To niemożliwe.
To nawet nie miałoby prawa istnieć. Cudem jest, że ja dalej żyję… Ale to… Niektóre uczucia i emocje doprowadzą mnie kiedyś do grobu. Zwłaszcza takie jedno.

Zażywam gorącej kąpieli. Po chwili pachnę cała różami. Moje służące pomagają mi założyć sukienkę a następnie spinają włosy i malują mnie. Jestem gotowa by zmierzyć się z kolejnym dniem, a coś mi się wydaje, że nie będzie miło.
Słyszę pukanie do drzwi. Do środka wchodzi Damen. Jego usta ściśnięte są w prostą kreskę. Jego twarz nie wyraża nic. Nie rozmyślam nad tą nagłą zmianą nastroju, ponieważ coś mi się wydaje, iż mam ważniejsze sprawy na głowie.
— Król cię wzywa. Natychmiast.
Do przewidzenia.
— Dobrze. Jestem gotowa.

Przemierzam korytarz bez stresu i strachu. Moje serce jest spokojne. Dłonie mi się nie trzęsą. Jestem silna. Dam radę. Wiem to. Nikt nie musi mi tego uświadamiać. Nigdy. Pierwszym krokiem do zwycięstwa jest zawsze, ale to zawsze wiara w samego siebie czy to na prawdziwym polu bitwy, czy tutaj na dworze królewskim. Nigdy jednak nie wolno mi wątpić w siłę przeciwnika. Jeśli tak zrobię, doprowadzi mnie to do zguby.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie!
Długo mnie nie było, mam tego pełną świadomość. Jestem okropną bloggerką, jeśli mogę się tak nazwać, skoro tak rzadko dodaję rozdziały i tak bardzo was zaniedbuję. Raz nie miałam czasu, a raz zastanawiałam się czy moje pisanie i dodawanie tego na bloga ma jakikolwiek sens, czy lepiej z tym nie skończyć, bo może się do tego nie nadaję. Ale patrzcie, jednak dodaję coś. 
Zapraszam was do czytania, jeśli ktoś jeszcze w ogóle czyta moje teksty lub w ogóle zagląda tu czasem.
Nie wiem, jak będzie z kolejnymi rozdziałami, znaczy są napisane, ale nie wiem czy je dodawać, nie wiem czy to ma sens. Chcecie w ogóle to czytać?
To do zobaczenia :) ;)

Czytasz=komentujesz

środa, 25 maja 2016

Rozdział 6

Na dwa dni przed balem spotykamy się w bibliotece. Powiedział mi wczorajszego wieczora, że dziś nie będziemy walczyć. Nie sprzeciwiłam się temu.
Dziś wchodzę do biblioteki.
— Spóźniona.
Spoglądam na niego oburzona, ale nic nie mówię.
— Siadaj. Muszę powiedzieć ci kilka ważnych rzeczy.
Kiwam głową. Zajmuję miejsce na drugim końcu stołu. Spogląda na mnie zdziwiony. Przysuwa się do mnie.
— Informacje, które ci przekażę są poufne. Nie radzę ci ich nikomu przekazywać. W innym wypadku stracisz głowę.
— Zabijesz mnie?
— Nie ja. Ale król, tak. Nawet na ciebie nie spojrzy. Zawiśniesz na stryczku, kiedy tylko się dowie, że masz takie informacje. A ja zawisnę obok ciebie, kiedy dowie się, iż uzyskałaś je ode mnie.
Spoglądam na niego wręcz przerażona. Poprawiam sukienkę. Jego słowa. Nie rozumiem ich. Nie rozumiem go.
— Więc dlaczego mi to mówisz, skoro może cię to kosztować życie.
— Ponieważ uważam, że należy ci się ta prawda. Jak dobrze wiesz jestem tutaj dowódcą już ponad dwa lata. Choć dowódcą tak, jak ty możesz zostać, jest się tylko przez rok. Nie będę ci opowiadał jak to się stało, jak uzyskałem to stanowisko. Nie opowiem ci dziś swojej historii. Jest kilka innych spraw. Wiem, że obwiniasz mnie za to wszystko. To ja wydaję rozkazy. Ale moim celem nie jest zabicie wszystkich cywilów, niewinnych ludzi. Jestem dowódcą, który rozkazuje ludziom walczącym z naszym wrogiem na froncie. Który wydaje rozkazy żołnierzom, którzy bronią naszych granic. — Przełyka ślinę. Zamyśla się na chwilę. Nie spogląda na mnie. — Hierarchia jest ściśle określona w tym zamku. W tym królestwie. Władca stworzył jakby kasty. Na samej górze — ponad kastą jest on. Poniżej niego nie jestem ja tylko Stratedzy Krwi, o których nigdy nie słyszałaś, bo wie o nich tylko nasz władca i ja. Poniżej nich jestem ja, kolejno pozostali dowódcy. Znani, cenieni przez króla ludzie na dworze. Bogatsza, ale nie bliska władcy, arystokracja. Średnio bogate mieszczaństwo. Żołnierze. Mieszczaństwo. Służący. Biedota, ale posiadająca miejsce do spania. Pod kastą są ludzie bezdomni, mieszkający na ulicy, niewolnicy, jeńcy wojenni. Tak to wygląda. A chciałem ci opowiedzieć o Strategach Krwi.
Teraz spogląda na mnie na chwilę.
— Wiem dobrze, dlaczego tu jesteś. Dlaczego bierzesz udział w tym pojedynku. Chcesz zemsty. Chcesz wywołać bunt. Powiem ci tylko jedno, zabicie króla nie wystarczy. Kolejnym twoim zadaniem będzie zabicie strategów, a to jest trudniejsze uwierz mi. Ale jeśli tego nie zrobisz, to przegrasz i nigdy nie uda ci się już zwyciężyć. Strategów jest trzech. Mieszkają tu w pałacu. Ich komnaty znajdują się nad twoimi. Nigdy ich nie widziałaś, mogę cię o tym zapewnić. Są tutaj. Codziennie przemierzają te korytarze. Nigdy nie uda ci się ich dostrzec. A nawet jeśli cię miną, uznasz, że to zwykły arystokrata z arsenałem broni pod płaszczem. Są szpiegami króla, dlatego zważaj na słowa. Nawet w swojej komnacie. Mogą podsłuchiwać. Jeśli kiedykolwiek znajdziesz kogoś nieżywego na dworze, a tak się już często zdarzało, nie zastanawiaj się, kto jest sprawcą, ponieważ oni zawsze są tymi mordercami. Coś im się nie podoba, zachodzą cię po cichu, od tyłu i zabijają. Nie zdążysz nawet krzyknąć. Zawsze są z władcą. Jedynie kiedy ich nie ma przy nim, to podczas wystąpień publicznych i podczas spotkań w sypialni z kobietami. Są przy nim gdy je obiad, gdy ma audiencję, gdy planuje strategię, gdy idzie kogoś zabić. Nawet kiedy ty przybyłaś do zamku, oni tam stali. Nie widziałaś ich, bo nie miałaś prawa ich zobaczyć, ale oni tam stali. Nawet żołnierze nie wiedzą o ich istnieniu, a to ich rozkazy wykonują. Tak właśnie ich. Król mówi żołnierzom zabijcie tych ludzi, a oni wykonują ten rozkaz, bo taki ich obowiązek, inaczej oni i ich rodziny stracą życie. A myślisz, że kto podjął tę decyzję. On razem z nimi. Nie podejmie żadnej decyzji bez konsultacji z nimi. Nasz władca jest potężny, ale razem z nimi staje się wręcz nie do pokonania.
Słucham z uwagą. Chłonę każde jego słowo i zapisuję w głowie. Jego wypowiedź może zaważyć nad moim zwycięstwem. Jednak dalej nie pojmuję, dlaczego mi pomaga. Przecież stoi po przeciwnej stronie muru. To w ogóle nie ma sensu. Nie potrafię tego jakoś logicznie sobie wytłumaczyć. Nie zadaję jednak ponownie tego pytania, ma własny rozum. Wie co robi, jestem tego w stu procentach pewna… Tylko wtedy wyszłoby na to, iż chce mi pomóc. Strategia. Strategia. Ona jest najważniejsza. Wie, co robi.
W jego myśli jest pomoc mi. Jest to całkowicie pokręcone i niedorzeczne, ale taka jest prawda. Kluczem do tej zagadki pozostaje jego historia.
— Jeśli chcesz wygrać, pokonaj króla, kiedy nie będzie przy nim jego strategów, a następnie rozpraw się z każdym z nich po kolei.
Spoglądam na niego spod obniżonych brwi i przymrużonych oczu.
— Strategia, Lilian, jest najważniejsza. Miałem cię przygotować, tak do pojedynku, by inni nie mówili, że może wygrasz. By mówili — na pewno wygra. Nie wiem, co powiedzą inni, ale ja mówię, że wygrasz.
Wstaję i wychodzi, pozostawiając mnie z tysiącem pytań w głowie. Mam gonitwę myśli.  Nic nie jest poukładane. Boli mnie od tego głowa. Nic już z tego nie rozumiem.
Nie. Coś wiem. Mój dowódca nie jest zabójcą.

Wracam do swojej komnaty. Siadam na skraju łóżka. Staram się ogarnąć wszystko.
— Suknia będzie gotowa na jutro — mówi Mimi — Jest taka piękna. Będziesz wyglądać w niej prześlicznie.
Słyszę pukanie do drzwi.
— Proszę – mówię.
Do środka wchodzi Damen. Spoglądam na niego. Ma na sobie białą koszulę, jak zwykle, z rozpiętymi kilkoma guzikami u samej góry. Jego blond włosy są w nieładzie. Nic nie mogę odczytać z jego spojrzenia. Zamyka za sobą drzwi i podchodzi do mnie. Wyciąga z pochwy miecz. To klinga Adama.
— Obiecałem ci go oddać, więc proszę.
Odbieram miecz od niego. Dotykam powoli ostrza, następnie rękojeści. Przypominam sobie jak Adam mocno ściskał broń w dłoni. Jak zawsze była z nim, przytoczona do jego boku. A teraz nie żyje.
— Radzę ci go schować, tak by nikt go nie znalazł. Nie masz prawa do posiadania jakiejkolwiek broni.
Spoglądam na niego z niezrozumieniem.
— Dlaczego? Najpierw mi mówisz o tamtym, a teraz wręczasz miecz? Naprawdę chcesz, bym wszczęła bunt.
— Jak dobrze wiemy, czy z tym, czy bez tego i tak to zrobisz. A uważam, że należy ci się to. Ta wiedza. A miecz. Przecież obiecałem.
— Dziękuję.
Kiwa głową i wychodzi.
Chowam miecz pod łóżko, mając nadzieję, że nikt nigdy nie będzie przeszukiwał moich rzeczy, a tym bardziej nie znajdzie tego.

Późnym wieczorem kładę się do łóżka. Zamykam oczy, czekając na spotkanie z moimi koszmarami. Kiedy budzę się rano, promienie słoneczne wpadają do mojej komnaty, oświetlając całe pomieszczenie. Wstaję i zauważam na otomanie sukienkę, na której położona jest złożona mała kartka. Podnoszę ją i otwieram.
Pozwoliłem sobie dodać swe dwa słowa do Twej sukienki. Chciałem, by odzwierciedlała Ciebie. Twoją siłę i urodę. Będziesz w niej lśnić jak najjaśniejsza gwiazda na niebie. Tylko prawdziwym cudom należy się największy blask.

Czytam te słowa kilka razy, ponieważ z początku nie mogę uwierzyć w to, co tu jest napisane. Będziesz w niej lśnić jak najjaśniejsza gwiazda na niebie. Tylko prawdziwym cudom należy się największy blask. Dlaczego to napisał? Dlaczego brał udział w tworzeniu sukni? Nie muszę się nawet zastanawiać kim jest ta osoba. To dowódca.
Odkładam mały liścik na kosmetyczkę i spoglądam na suknię. Lśni. Jest złota. Zapiera dech w piersi. Gorset jest wysadzany małymi złotymi diamencikami. Plecy są uszyte z koronki w kolorze stonowanego złota podobnie jak rękawy. Jednak najpiękniejszy jest dół. Rozkloszowany, ogromny z niezliczoną ilością marszczeń, piór i falban. Oczywiście w kolorze złota. Na podłodze stoją buty na obcasie w tym samym odcieniu.
Zakładam na siebie pled i wybiegam z pokoju. Nie spoglądam na strażników, którzy obserwują mnie uważnie. Pukam do drzwi pokoju Damena, które znajduje się naprzeciwko moich i wchodzę do środka, nie czekając na zaproszenie. Zamykam za sobą drzwi i rozglądam się za bujną blond czupryną. Czyta książkę przy stole. Podnosi na mnie wzrok. Otwiera usta, by coś powiedzieć, ale ja odzywam się pierwsza:
— Suknia?
— Nie wiesz, że kulturalnie, byłoby poczekać aż wpuszczę cię do środka. — Całkowicie ignoruje moje pytanie.
— Możesz mnie nazwać niekulturalną, bezczelną i upartą. Nie zależy mi na tym. Nie obchodzi mnie to, co mówią o mnie inni. Gdybym przejmowała się każdym ich słowem, powinnam była już dawno się pociąć. A nawet zabić. Szkoda życia. Liczę się tylko ze swoim zdaniem.
— Zauważyłam już to. Uparta, arogancka, bezczelna, niekulturalna…
— Proszę. Wymieniaj dalej. Z przyjemnością mi się tego słucha. Mogę ci pomóc. Naprawdę. Piękna, zmysłowa, seksowna, geniusz, istny geniusz, odważna, waleczna, zarozumiała, denerwująca, szczera — wymieniam za niego — Wiem o tym wszystkim. Wiem również, że chciałeś to wszystko powiedzieć. Ale nie szkodzi, że nie skończyłeś, jestem świadoma wszystkich swoich zalet. Mam ich ogromną paletę.
— Nie wątpię. — Zamyka książkę i wstaje.
— Może powrócimy do mojego pytania?
— Nie było żadnego.
Podchodzi do mnie. Mijam go i zmierzam w kierunku balkonu.
— Masz balkon? Czemu jak go nie mam? — Otwieram drzwi na oścież. Wychodzę na zewnątrz.
— To było twe pytanie? — Idzie za mną.
— Nie, ale na nie również możesz odpowiedzieć. Chociaż czekaj, ja, istny geniusz, sama ci odpowiem. Boicie się, że jeszcze wam ucieknę przez ten balkon. Przyszłam tutaj własnowolnie, chociaż mogłam zginąć i nagle zechce mi się uciekać. Więc teraz powiedz mi dlaczego ten liścik? Ta suknia?
Odwracam się w jego stronę, opierając się rękami o marmurową barierkę.
— Czy w liściku nie ma odpowiedzi?
— Ale ja jej nie rozumiem. Będziesz w niej lśnić jak najjaśniejsza gwiazda na niebie. Tylko prawdziwym cudom należy się największy blask — cytuję. — Czemu to robisz? Czemu ci na tym zależy?
— Lilian, nie często spotyka się na tym świecie tak upartą, bezczelną, odważną, inteligentną, piękną, szczerą, zarozumiałą, błyskotliwą, silną, otwartą dziewczynę. Jesteś pierwszą i ostatnią. Takie cuda mają prawo lśnić najjaśniej. Należy ci się to.
Czuję rumieniec wypływający mi na twarz. Opuszczam głowę, by tego nie zauważył.
— Dzisiaj jest ten dzień. Zagraj dla mnie. Teraz — odzywam się po chwili.
— Dobrze. Pani przodem.
Uśmiecham się. Idziemy do biblioteki. Siada na krzesełku obok fortepianu. Staję z boku.
— Możesz podejść bliżej.
Kręcę przecząco głową.
Zaczyna grać. Dźwięki początkowo są spokojne. Kolejno stają się coraz bardziej wyraziste, coraz piękniejsze. Zatracam się w jego grze. Zamykam oczy. Czuję jak całe moje ciało przesiąka jego muzyką.
Czuję się jak zdrajca z tą myślą, ale nie potrafię wyrzucić jej z głowy.
Z myślą, że zakochuję się w dowódcy. W Damenie.

Następnego dnia w zasadzie od rana moje służące zaczynają mnie przygotowywać do wiosennego balu. Najpierw zażywam długiej gorącej kąpieli z olejkami eterycznymi, które czuć w całej komnacie. Następnie zakładają mi sukienkę. Powoli zapinają gorset. Poprawiają spódnicę i górę. Wszystko musi być idealne.
— Wyglądasz przepięknie — mówi Mimi, wskazując na lustro.
Sadzają mnie na krześle. Mimi zaczyna tworzyć arcydzieło z moich włosów, zaś Astrid maluje moje paznokcie na kolor złota. Celia przygląda się z uwagą, czekając na swoją kolej, aż będzie mogła zrobić mi makijaż. Kilka godzin później, nie wiem ile, straciłam rachubę już dawno temu — jestem gotowa. Pryskają mnie perfumami. Wyrównują rąbek sukienki i wskazują na lustro.
— Jesteś naprawdę przepiękna.
Będziesz w niej lśnić jak najjaśniejsza gwiazda na niebie. Tylko prawdziwym cudom należy się największy blask — przypominam sobie.
— Olśnisz wszystkich swą urodą. Nie będą mogli oderwać od ciebie wzroku.
Dziękuję im z tysiąc razy z tę pracę, ponieważ zgodzę się z nimi — wyglądam cudownie.
Słyszę ciche pukanie do drzwi. Otwierają się na oścież. Do środka wchodzi Damen. Zamyka je za sobą i spogląda na mnie.
Uśmiecham się do niego, jednocześnie kręcąc głową.
— Jesteś niekulturalny.
— Ostatnio pewna dziewczyna powiedziała mi, że nie warto przejmować się innych zdaniem.
— To naprawdę musi być inteligentna dziewczyna. Możesz się od niej wiele nauczyć, tak myślę.
— Też tak sądzę.
Uśmiecham się do niego.
Coraz trudniej przychodzi mi zinterpretowanie go. Nie mogę go rozgryźć, zrozumieć, co doprowadza mnie do szału. Chciałabym wiedzieć jaki naprawdę jest, która z tych postaw jest szczera. Czemu się tak zachowuje? Jest tak wiele pytań, a na żadne nie otrzymałam jeszcze odpowiedzi.
— Pozwolisz, że odprowadzę cię do sali balowej.
— Będę zaszczycona.
Podchodzę do niego. Podaje mi swoje ramię. Przez chwilę się waham, ale w końcu je łapię.
— Powiedz mi tylko jedno. Czy oni tam będą? — pytam, nim wyjdziemy.
— Tak.
— Jak mogę ich rozpoznać? — pytam, nie wierząc w to, iż mi odpowie.
Kiedy słyszę jego słowa, jestem zaskoczona, chociaż już nic nie powinno mnie dziwić w jego zachowaniu.
— Ich płaszcze są ciemnoczerwone z czarnym dołem. Zawsze na jednej – prawej – dłoni mają skórzaną rękawiczkę. Wygodniej trzyma im się miecz.

— Dziękuję.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie!
Przepraszam Was za spóźnienie..., ale w końcu rozdział nowy rozdział pojawił się. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Wybaczcie mi, jeśli pojawią się jakiekolwiek małe błędy, starałam się sprawdzać bardzo uważnie i nie pominąć niczego. Zapraszam Was do komentowania i obserwowania mojego bloga. Bardzo mi zależy na Waszej opinii. Zachęca mnie i motywuje do dalszej pracy. :)
Tak się zastanawiam czy podoba Wam się to, co piszę? Wchodzicie na bloga, ale nie komentujecie i nie wiem, czy dalej mam pisać... Czy dalej mam dodawać rozdziały? Jesteście ciekawi dalszej historii? 
Do następnego...

niedziela, 1 maja 2016

Rozdział 5

Wstaję wcześnie rano. Nie mogę spać. Każdej nocy męczą mnie koszmary. Z pomocą moich służących zakładam długą, czarną suknię. W dalszym ciągu nie chcę, by pomagały mi się myć, kontakt ich dłoni z moich ciałem ograniczam do minimum, jednak przyzwyczaiłam się już do zapinania przez nie mojego gorsetu. Następnie Mimi plecie z moich włosów pięknego warkocza. Na moją twarz zostaje nałożony makijaż. Zjadam śniadanie i idę do biblioteki.
— Spóźniłaś się — słyszę od razu na wejściu jak za pierwszym razem tutaj.
Spoglądam na Damena oburzona. 
— Nieprawda. To ja zaproponowałam to spotkanie, więc nie mogłam się na nie spóźnić.
— Tak więc spóźniłaś się na własne spotkanie.
Moje brwi prawie się stykają. Patrzę na niego spod lekko przymrużonych powiek.
— Punktualność jest zaletą, której najwidoczniej ci brak.
Podchodzę bliżej niego. Kręcę głową podenerwowana.
— Nieprawda. Jestem jak najbardziej punktualna.
Odwraca się od okna w mą stronę. Ręce zakłada na piersi. Zauważam, że jego jasne włosy pierwszy raz są uczesane. Jego niebieskie oczy skrzą się blaskiem, ale na twarzy widać przemęczenie.
— Takie utarczki słowne, oczywiście nie na tak błahe powody, są częste w naszych kręgach. Każdą z nich musisz wygrać. Do wygrywania trzeba mieć dobrą strategię, którą powinnaś pielęgnować i skrywać jak sekret.
— Naucz mnie.
— Mam taki zamiar. Chociaż nie sądzę, bym był w tej dziedzinie potrzebny. Sama się nauczysz.
Uśmiecham się do niego. Nie odwzajemnia tego gestu. Nie przejmuję się tym, nie mam po co.
— Siadaj. Opowiedz mi swą historię.
Skoro obiecałam, muszę to zrobić. Obietnic nie łamię. Jestem uparta, może i bezczelna, ale szczera w swoich czynach i słowach, w swym sercu, godna zaufania, dobra. Dobra. Tak, właśnie tak. Jedna mała cecha, można by rzec wręcz błaha. Nic bardziej mylnego, w tym małym słowie zwierają się wszystkie ważne zalety.
Siadam. On spoczywa na krześle trochę dalej ode mnie. Zauważam pewną nieścisłość albo coś na jej kształt. Raz ten mężczyzna stara się podejść do mnie jak najbliżej, domaga się rozmowy ze mną, a raz jest wręcz na odwrót — odsuwa się ode mnie, szczędzi w słowach i gestach. Nie mogę tego rozgryźć. Nie lubię takich spraw. Ale nie ma dla mnie rzeczy nieosiągalnych.
— Za górami, za lasami… — zaczynam, chcą rozładować tę, wydaje mi się, napiętą atmosferę.
— Pozwól, że pominiemy zbędny i przydługawy wstęp, a teraz przejdź to części właściwej.
— Skoro tak chcesz. Wszystko zaczęło się dziewiętnaście lat temu. Jakoś tak, kiedy się urodziłam. Czego oczywiście nie pamiętam, bo jakżebym mogła. Nie pamiętam tak samo moich rodziców, kiedy miałam dwa lata, zostali zabici. Nie musze chyba mówić przez kogo? Albo powiem. Nie poczuję się przez to lepiej, ale chcę byś wiedział, że ludzie z tego zamku, ktoś z nich jest za to odpowiedzialny. Więc tak naprawdę, moja historia zaczyna się dopiero, gdy przygarnęła mnie Marissa. Nie wiem nic o swoim pochodzeniu, o swoich prawdziwych przodkach, nie wiem nawet jak się nazywali moi rodzicie i czy moje obecne imię jest tym, które dla mnie wybrali. Ma historia jest naprawdę nudna, uwierz.
— Nie wierzę, Lilian. Historia żadnego z nas nie jest nudna. Nie może być taka, przecież nasza historia to nasze życie. Życie nie jest nudne. Każdy oddech jest czymś. Twa historia nie jest błaha czy nudna.
Wpatruję się w niego z szeroko otwartymi oczami. Nawet jeśli on tego tak nie traktuje, jego słowa odbieram jako bardzo miły komplement. Pierwszy człowiek jego pokroju powiedział mi szczery komplement. Może jest jeszcze nadzieja dla naszego świata.
— Wychowała mnie Marissa, oczywiście. Jak własną córkę, tak dobrze jak syna, który zginął również przez jednego z was. Później poznałam swego przyjaciela. Swego jedynego przyjaciela, którego zabili twoi ludzie ostatnio — wypowiadam każde słowo powoli, by dotarło do jego najgłębszych partii mózgu. Wiem, że go to nie ruszy. Nawet jeśli jest w nim cząstka człowieka, która potrafi współczuć, czemu ma współczuć właśnie mi, czemu ma żałować Adama, skoro go nie znał, skoro dla niego on był nikim. — Dużo ćwiczyłam, jak zauważyłeś. W ostatnim czasie zabiłam trzech twych ludzi, w dalszym ciągu czuję jednak niedosyt. W ten oto sposób docieramy tutaj. To wszystko.
Patrzy na mnie uważnie. Nie wierzy mi. Wie, że to nie koniec historii. Oczywiście, że nie. To nie jest cała historia, ale nie podam mu każdego szczegółu, one pozostaną na zawsze we mnie, nieodkryte, nie pozna ich nikt inny, zwłaszcza takiego jednego, który odcisnął się na mnie piętnem. Który każdej nocy przypomina o sobie bardzo dokładnie.
Wstaje nagle od stołu. Kieruje spojrzenie w stronę okna.
— Na dziś skończyliśmy. Możesz wyjść.
Spoglądam na niego szeroko otwartymi oczami. Jak to koniec? Przecież nic nie zrobiliśmy. Jeśli tak będą wyglądać lekcje z nim, jak mam wygrać?  Wstaję tak energicznie, aż krzesło przewraca się i z hukiem uderza o ziemię. Nie podnoszę go. Szybkim krokiem wychodzę z biblioteki i zatrzaskuję za sobą drzwi.
Z hukiem otwieram drzwi do swojej komnaty.
— On jest okropny. Co to ma być? Denerwuje mnie cały czas. Nie mam zamiaru uczyć się z kimś takim — narzekam, chodząc po pokoju. — Och, jesteście tutaj. Przepraszam. Nie zauważyłam was. Nie powinnam się tak unosić — mówię, zauważając swe służące.
— To nic złego. Kiedy coś leży na sercu, trzeba to wykrzyczeć — odzywa się Astrid.
— Na kogo mamy ci pomóc narzekać? — pyta Mimi.
 Śmieję się. Siadam na skraju łóżka.
— Nie musicie mi pomagać. Sama sobie poradzę. Ale chodzi o Generała.
— Co się stało? — pyta Celia.
— Zawarliśmy umowę, że jednak będzie mnie uczył. Opowiedziałam mu swą historię, a on kazał mi wyjść z biblioteki. Powiedział, że na dziś skończyliśmy. Co to ma być? Miał mnie wyszkolić, abym dała sobie radę w pojedynku, a on jak na razie nie pomaga mi w ogóle. Chyba zależy mu na tym, bym skończyła martwa.
Wszystkie trzy podchodzą do mnie. Usuwam się na łóżku, by mogły spocząć obok mnie. Robią to niepewnie, ale siadają.
— Jestem tutaj najdłużej… — zaczyna Celia — Pamiętam Generała zanim stał się nim. Pamiętam go, jak piętnasto-szesnastoletniego chłopca, który przychodził tutaj ze swym ojcem. Jego ojciec jest bardzo lubiany przez naszego władcę, więc często tutaj bywał. Powiem ci…
— Proszę nie opowiadaj mi jego historii. Chcę, by on mi ją opowiedział — przerywam jej.
Kiwa zgodnie głową.
— Chciałam tylko powiedzieć, że nie był zły i teraz mając te prawie dwadzieścia jeden lat też nie jest. Nie identyfikuj człowieka ze stanowiskiem jakie zajmuje, gdyż nie zawsze oba się ze sobą zgadzają. W tej kwestii tak właśnie jest. Zawsze był dobry tak, jak go kojarzę. Chociaż jest Generałem Armii Krwi, nie jest taki sam jak nasz władca. Co człowiek robi na wojnie?
— Walczy.
— Co człowiek chce robić na wojnie?
— Chce przetrwać.
— Właśnie. To wszystko. To tutaj, nasz świat. Trwa wojna. My chcemy przetrwać. Czasami robimy to, czego byśmy nie chcieli…
— Czyli zabijamy niewinnych ludzi? — pytam oburzona.
— Nie. Nie znasz jego historii, ja jej również nie znam, tyle, co słyszałam. Kto powiedział, że on wydaje te wyroki, Lilian. Może ktoś inny pociąga za sznurki, oprócz naszego władcy. Kiedy pobędziesz tutaj dłużej, zaczniesz zauważać każdy najmniejszy szczegół. Wszystko stanie się proste i znajdziesz  ten cel, który musisz wyeliminować, by wygrać. Nie sądzę jednak, by był nim generał.
Spoglądam na nią. Wierzę jej. Nie okłamałaby mnie. Na siłę nie wybielałaby historii Generała, ponieważ jest taka jak ja. Nie należy do środowiska władcy czy generała. Nie miałaby pożytku w wychwalaniu człowieka, którego nienawidzi. Robiłaby całkowicie coś innego, co mnie jedynie utwierdza w tym, że mówi prawdę.
— Dziękuję za rozmowę. Jesteście cudowne. Jesteście jedynymi ludźmi w tym zamku, z którymi mogę szczerze porozmawiać.
Wszystkie trzy rumienią się delikatnie i uśmiechają.
— Czy jedna z was mogłaby mi przynieść papier i pióro? Chcę coś napisać.
— Już przynoszę — mówi Mimi i podaje mi przybory do napisania listu. Siadam przy swoim sekretarzyku. Chwytam pióro w dłoń.
Generale,
skoro ty możesz grać w swe gierki, pozwól, że i ja będę tak robić. Skoro ja jestem tą upartą i bezczelną — ty jesteś tym nieczułym, ponurym dupkiem. Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz albo czego nie oczekujesz. Nie wiem, co chcesz osiągnąć. Ale ja znam dobrze swe cele. Chcę wygrać Pojedynek Krwi, a ty zobowiązałeś się do czegoś dzisiaj, jak dobrze pamiętam. Pomożesz mi to wygrać. Nie poddam się, aż tego nie zrobisz.
Mam nadzieję, że nie będziesz mnie już unikać i będziemy się częściej widywać, skoro wybrałeś dla mnie pokój na wprost własnej komnaty. Czas nam ucieka. Za niedługo będzie oficjalne ogłoszenie uczestników. Później zostają ćwiczenia ze wszystkim i zaczyna się Pojedynek.
Czekam na ciebie dziś w sali treningowej.
Czas na twą część historii.
Nie zawiedź mnie,
Ta bezczelna i uparta

— Proszę, abyście przekazały to generałowi — mówię, wręczając list Mimi. — Muszę chwilę odpocząć, ale później pójdę ćwiczyć. Więc proszę was również, o przygotowanie mi stroju do ćwiczeń.
Obdarzam je lekkim uśmiechem, po czym kładę się na łóżku, licząc na spokojny sen. Budzę się, kiedy zachodzi już Słońce. Ostatnie promienie przedostają się do mej komnaty. Wstaję  i sięgam po strój do ćwiczeń przygotowany dla mnie. Przebrana i gotowa do wyjścia, słyszę ciche pukanie, po czym otwierają się drzwi. Wchodzi Astrid z tacą z jedzeniem.
— Pod drzwiami czeka Generał już od dłuższego czasu.
— Co?! — pytam całkowicie zaskoczona jej słowami.
— Powiedział, że musi się z tobą zobaczy. Czy może wejść? — pyta, odkładając tacę na mały okrągły stolik przy oknie. Kiwam głową, siadając do stołu.
Po chwili do środka wchodzi Generał, a Astrid wychodzi.
— O co chodzi?
— Czekam na ciebie, byśmy mogli iść do sali treningowej. Zawsze się spóźniasz, więc postanowiłem tym razem przyjść po ciebie.
— Spóźniam się? Wypraszam sobie. Nigdy się nie spóźniam — mówię oburzona.
Siada obok mnie i chwyta jedno ziarenko z kiści winogrona z tacy.
— Hej, to moje — mówię.
Zjada je z uśmiechem.
— Dostałem twój list.
— Jak mniemam, dlatego też pojawiłeś się tutaj.
— Na początku poćwiczymy szermierkę. W tym lepiej ćwiczy się z kimś niż samemu. Jedz szybciej, mamy jeszcze tyle do zrobienia.
Śmieję się. Ten człowiek mnie zaskakuje. Raz jest taki ponury, a raz tak jak teraz — uśmiechnięty, otwarty. Co się za tym kryje? Zawsze kryje coś się za taką maską, ponieważ to tylko maska.
Zjadam część swego posiłku i podsuwam pod niego talerz.
— Po co mi to?
— Proszę, zjedz. Widzę, że winogrona ci smakują, może i to będzie ci pasować.
— Nie chcę, dziękuję. Ale jeśli chcesz, to mogę cię nakarmić – mówi, a ja patrzę na niego z szeroko otwartymi oczami. Wkłada mi widelec pełen jedzenia do buzi. Kiedy przełykam, zaczynam się głośno śmiać.
— Wiesz, wolę tę czynność robić sama. Możemy już iść.
Wstaję od stołu i idę w stronę drzwi. Słyszę jego spokojne kroki za sobą.

Ćwiczymy długo. Jest naprawdę względnym nauczycielem. Daje wycisk, ale bardzo dobrze się z nim pracuje. Przez cały czas jest skupiony, nie można nic powiedzieć, a gdy dodam coś głupiego, by rozluźnić spiętą atmosferę, piorunuje mnie wzrokiem. Powtarza jedynie wkoło, bym się skupiła i opracowywała strategię. Powtarza i powtarza, jakby się zaciął. Kiedy chce mi pokazać lepiej jakąś postawę, poprawić to, co robię źle i dotyka mojej skóry, odskakuję od niego za każdym razem. Spogląda na mnie za każdym razem zaskoczony, ale nigdy nic nie mówi na ten temat. Nauka z nim jest trudna i męcząca, ale mogę szczerze nazwać to przyjemnym wysiłkiem. Choć pod koniec naszego dzisiejszego treningu, kiedy już dawno temu zaszło Słońce, a Księżyc przygląda się naszym zmaganiom, moje mięśnie kapitulują, ledwo trzymam się na nogach, jestem zadowolona. Czuję się wyśmienicie. Może jutro nie wstanę, ale jest to tego warte. Myśląc wcześniej, że chce, bym zginęła tam, że nigdy nie nauczy mnie niczego, okropnie się myliłam. Celia miała jak największa rację, że generał to tylko stanowisko. On jest Damenem. Tylko nie wiem, kim ta osoba naprawdę jest.
— Chyba na dziś wystarczy — odzywa się. — Widzimy się jutro.
— Przyjdziesz po mnie? — pytam i nie wiem, czemu w moim głosie pobrzmiewa nadzieja.
— Jeśli tego oczekujesz, to tak, oczywiście.
Uśmiecham się lekko. Jego twarz nie odzwierciedla żadnych uczuć.
— Jak z balem wiosennym?
— Co, jak? Idę na niego z naszym władcą. Nie mogłam odmówić. Chce mnie przedstawić wszystkim swym ludziom. Będziesz na nim?
— Tak. Jako ochrona. — Podnosi na mnie wzrok. — Jako twoja ochrona.
— Moja ochrona? Boicie się, że was wszystkich tam potruję czy pozabijam? No bez przesady, nie wybrałabym tego dnia na zamach, nie gdy sama będę uczestniczyć w balu. Nie mam nawet wojska.
— Tak, właśnie tego się boimy. Nigdy nic nie wiadomo.
Nie wiem czemu, ale mam przeświadczenie, że w obecnej chwili kłamie.
Wychodzę z komnaty.

Przez kilka kolejnych dni ćwiczymy. Za każdym razem jestem coraz bardziej zmęczona. Wycisk jest okropny. Ale ten ból jest pokrzepiający. Podnosi na duchu. Wiem, że dzięki tym ćwiczeniom wygram. Dlatego ilekroć oberwę, przegram naszą walkę, nie trafię do celu, nie wykonam zadania tak, jak on tego oczekuje, podnoszę się i próbuję do skutku, aż się uda. Nie poddaję się, nigdy tak, więc i tutaj się nie poddam. Za daleko zaszłam, by teraz przestać, bo tego jest za dużo. Nie, nie mogę. Czy to szermierka, czy strzelanie z łuku, czy wymiana zdań na temat tego, jak rozpoznać mocne i słabe strony przeciwników lub planowanie, tworzenie strategii, ćwiczenia wytrzymałościowe, cokolwiek wszystko to wykonuję najlepiej jak potrafię. Nie wychodzę z sali treningowej, dopóty dopóki ledwo trzymam się na nogach. Jeśli już nie mogę ustać, pozwalam sobie iść do pokoju spać, następnie znowu tu wracam i ćwiczę.  
Któregoś dnia zakładam się z nim.
— Jeśli wygram…
— Ale kto powiedział, że wygrasz?
— Posłuchaj mnie. Jeśli  wygram ten pojedynek, zagrasz coś dla mnie na fortepianie.
— Ja nie gram na tym. Nie umiem.
Patrzę na niego powątpiewająco. Jeszcze ci uwierzę, na pewno.
— A jeśli ty wygrasz… to co?
Zastanawia się przez chwilę.
— Jeśli ja wygram, założysz raz krótką sukienkę. Takie też są dozwolone dla dziewczyn w twoim wieku.
Spoglądam na niego z szeroko otwartymi oczami. Jest całkowicie poważny. Uśmiecham się lekko. Kiwam głową. Ściskamy swe dłonie.
Tego dnia szczęście mi sprzyja i wygrywam. To jest takie piękne uczucie. Zaczynam się śmiać, kiedy wytrącam mu miecz z dłoni.
— Wygrałam – krzyczę. — Przygotuj się. Czekam aż mi zagrasz.
— Najpierw muszę nauczyć się czegoś sensownego.
— Mogę poczekać, ale masz mi zagrać.

Staram się unikać władcy. Pomaga mi w tym ćwiczenie całymi dniami w sali treningowej. Nigdy nie chadza do tej komnaty, kiedy jednak przypominam sobie jego prośbę, na którą zresztą przystałam, a następnie przychodzą słowa Damena o królu, po całym ciele przechodzą mnie ciarki. Jestem jego zabawką. Zabawką władcy, którą w końcu wykorzysta. Przecież musi wziąć jakąś opłatę, za to, iż nie ściął mi głowy, za to, że mam prawo w dalszym ciągu oddychać.
Sny mnie nie opuszczają. Każdej nocy odwiedzają mnie koszmary z zapowiedzią, że wrócą tu powtórnie następnego i następnego dnia.
Każdego dnia mocniej, boleśniej tęsknię za Marrisą. Nie widziałam jej już tak długo. Była i w dalszym ciągu jest jedyną osobą, której całkowicie mogę zaufać. Martwię się, jak sobie radzi beze mnie. Dopadają mnie również takie myśli, by uciec z tego zamku i wrócić do dawnego życia. Wrócić do naszego domu. Założyć moją starą sukienkę, chwycić miecz Adama i mój łuk. Żyć tam, nie tu. Ale nie mogłabym wrócić do tamtych czasów, już nie. Nie mogłabym, ponieważ kiedy wstałbym rano w swym domu, nie mogłabym udać się na spacer czy polowanie z Adamem. Bo nie żyje. Bo oni go zabili. Bo nadszedł czas zemsty. Czas wymierzenia sprawiedliwości. Dłużej nie będę ukrywać się w cieniu, nie będę się bać. Nie będę uciekać. Stanę do walki. W końcu trzeba. Pokażę, że mi się uda, że my możemy wygrać, a wtedy przyłączy się do mnie więcej ludzi. Nie poddam się, póki nie wygram.
Chcę wygranej w swych dłoniach, inaczej nie odejdę z pola walki.
Tym razem, w tej walce albo wygrasz, albo zginiesz.

Wybór jest prosty. Muszę wygrać. 
To nie czas by już umierać. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie!
I jest rozdział 5, przepraszam Was za spóźnienie. Mam nadzieję, że rozdział przypadnie Wam do gustu. Zapraszam Was do komentowania i obserwowania mojego bloga. 
Jako, że wczoraj zaczął mi się tydzień wolnego, postaram się nadrobić wszyściutkie zaległości u Was.
Zapraszam do miłej lektury piątego rozdziału. :)
Czytasz=komentujesz 

Do następnego posta! :D

sobota, 9 kwietnia 2016

Rozdział 4

Przebrana w strój do walk składający się z wygodnych leginsów i czarnej tuniki idę za strażnikami (którzy nie odstępują mnie na krok od wczoraj, kiedy to zostali mi przydzieleni) w stronę sali treningowej, na co mój władca oczywiście wyraził zgodę. Bez jego wiedzy, nie odbyłoby się to. Wie wszystko o każdej osobie znajdującej się tutaj na zamku. On jest jak zegarmistrz, a królestwo to jego zegar. Wszystko musi być sprawne. Nie pozwoli sobie na usterkę. Co zauważyłam w zasadzie od razu — jest chłodnym, bezwzględnym strategiem, który zrobi wszystko, by osiągnąć swój cel. Nieważne jak potworne będą skutki tego dla jego poddanych, dla naszego kraju, zrobi wszystko, by zdobyć to czego pragnie. Przeleje krew każdego niewinnego człowieka, a następnie bez problemu spojrzy na siebie w lustrze. Takim człowiekiem jest nasz władca, osoba, której mamy być posłuszni.
Od wczorajszego spotkania w bibliotece nie widziałam więcej generała. I dobrze. Im mnie widzę tego potwornego człowieka, tym lepiej.
Wchodzę do środka, strażnicy wchodzą za mną, co jest oczywiście całkowicie zrozumiałe. Dla bezpieczeństwa, przecież tyle tu broni, której mogłabym użyć. Pomieszczenie jest przestronne. Nie wiem nawet czy nie większe niż moja komnata. Wzdłuż lewej ściany ciągną się okna, dzięki którym sala jest odpowiednio doświetlona. Na wprost mnie znajduje się ściana składająca się z samych luster. Po prawej — spełnienie moich marzeń. Broń każdej maści. Są tu nawet takie, o których nigdy w życiu nie słyszałam. Przyjemnością dla mnie będzie dotknięcie ich.  Aż mnie korci, by podbiec tam i wziąć jedną w swe dłonie. Powstrzymuję się jednak. Jeszcze pomyślą ci dwaj strażnicy, że właśnie chcę wykonać na nich atak. Musze być spokojna i opanowana, jak zawsze.
Idę w stronę luster. Kilka kroków przed nimi zatrzymuję się. Zaczynam się rozciągać. Nie mogę sobie pozwolić na żadne osłabienie czy ból. Wykonuję podstawowe ćwiczenia, po czym kieruję się w stronę pięknej ściany, jeśli tak mogę to nazwać. Gdyż z drugiej strony to wszystko jest okropne, wyrządziło tyle szkód, ale nie mam już innego wyjścia, niż chwycić broń w dłoń i stanąć do walki. Dlatego jestem zadowolona z tak bogatego wyposażenia. Postanawiam rozpocząć swoje ćwiczenia z łukiem i strzałami. Ustawiam w dobrej odległości tarczę, leżącą w kącie. Staję w odpowiedniej pozycji. Dotykam łuku. Biorę strzałę w dłoń. Napinam cięciwę. Przymykam jedno oko. Podnoszę łuk i wystrzelam. Trafia prawie w sam środek. Tylko dwa centymetry wyżej. Za następnym razem — jest to dokładnie sam środek. Ćwiczę, aż nie zużyję wszystkich strzał z kołczanu. Wtedy dopiero podchodzę do tarczy i wyciągam strzały. Ponawiam zadanie. To jest dobre na rozgrzewkę. Nawet się nie zmęczyłam, choć mój mózg mi podpowiada, iż jeśli przeforsuję się dzisiaj, jutro odczuję to dotkliwie na całym ciele. Cóż.
Sięgam po kilka noży. Tym razem mam zamiar potrenować rzuty. Moja celność nie jest wystarczająca. Jestem kobietą, będę walczyć z wieloma mężczyznami i za każdym razem musze wygrać. Muszę być od nich dziesięć razy szybsza i zwinniejsza. Muszę szybciej kalkulować i trafiać w cele. Następnie ćwiczę walkę na miecze z manekinem. Nie jest to za dobre ćwiczenie, ale nie będę współpracować ze swoim nauczycielem, jeśli on tego nie chce. Bez łaski.
Wymęczona, na skraju wyzionięcia z siebie ducha, powracam wraz ze swoją obstawą do własnej komnaty. Jeszcze kilka dni i więcej w ich towarzystwie, a oszaleję. Źle się czuję, kiedy tak mi się przyglądają, kiedy są taki blisko mnie. Wiem, jednak, iż nic nie mogę w tej sprawie zmienić.
— Na pewno z chęcią zażyłabyś kąpieli — mówi Mimi, kiedy wchodzę do środka.
— I poszła spać — dodaję.
— Najpierw coś zjadając. Jeśli chcesz wygrać, musisz coś jeść, żeby być silną — odzywa się Astrid. — Celia zaraz powinna przyjść z kuchni, z posiłkiem dla ciebie.
Wchodzę do wanny i zamykam oczy. Staram się odprężyć. Myję się sama jak ostatnio. Żadna z nich nie pyta o to, czemu tak robię. Nie proszą mnie już, bym pozwoliła im to zrobić. Szanują moją prośbę, za co jestem im ogromnie wdzięczna.
Ubrana w białą koszulę nocną, nie mniej wykwintną niż suknie na co dzień, siadam na swoim ogromnym łożu, gdzie już spoczywa taca z jedzeniem. Chcę właśnie podnieść filiżankę z gorącą herbatą, kiedy dostrzegam list. Podnoszę go. Papier jest delikatny z gładką fakturą. Koperta nie jest podpisana. Spoglądam na Celię, która przyniosła mi jedzenie do komnaty.
— Poproszono mnie, bym przekazała ci ten list — szepcze.
— Kto? — pytam, ale nie otrzymuję odpowiedzi. Coś z tyłu głowy podpowiada mi, iż dobrze wiem, kim jest nadawcą tego listu. Otwieram kopertę i wyciągam kartkę, na której pięknym pismem zapisano krótki list.
Muszę pogratulować talentu. Kiedy wszedłem do komnaty treningowej, byłem zaskoczony. Jesteś naprawdę dobra. Nie wolno chwalić zbyt wiele. Sądzę, że powinnaś poprawić swoją celność i ruchy. Musisz być zwinniejsza i szybsza. Nie możesz się tak długo zastanawiać nad kolejnym ruchem. Mogę Ci w tym pomóc.
Kiedy zdecydujesz się opowiedzieć mi swoją historię, czekam na Ciebie w bibliotece.
Słodkich snów,
D.

Rzucam list na ziemię. Nie mogę uwierzyć w to, co przeczytałam.
A jak, powiedzmy, zechcę opowiedzieć mu swoją historię w nocy, to co, będzie tam na mnie czekał, w tej bibliotece?! Będzie mi wytykał palcami każdy mój najmniejszy błąd, nawet spóźnienia, które nie nastąpiły, bo nie wolno chwalić za wiele? Może pomóc. Śmieję się. A co jeśli nie chcę jego pomocy? Słodkich snów? Jakich znowu słodkich snów?! 
Nawet nie podpisał się pełnym imieniem. I skąd teraz mogę wiedzieć, że to od niego? Przecież nawet mi się nie przedstawił.
Nienawidzę go. Szczerze. Z całych sił.

Późnym wieczorem zasypiam. Mój sen jest niespokojny. Mam koszmary. Widzę śmierć. Wszędzie krew. Tyle krwi. Tyle martwych ciał. Wojna. Śmierć. Widzę martwego Adama, Marrisę… Otwieram szeroko oczy. Podnoszę się do pozycji stojącej. Nie mogę oddychać. Klatka piersiowa boleśnie się zaciska. Boli mnie… moja dusza… Czuję jak małe jej skrawki odrywają się od siebie. Jest uszkodzona już wystarczająco po wcześniejszych wydarzeniach, mimo to dalej się kruszy. Drobinki mej duszy tak małe, jak popiół upadają u mych stóp i skrzą się w świetle księżyca, nie mam jednak sił by uklęknąć i pozbierać je. Nie znajdę już wszystkich, ma dusza już na zawsze pozostanie zniszczona. Zgnieciona, rozdeptana, sponiewierana. Cierpiąca, krwawiąca. Płacząca rzewnymi łzami, jak ja. Jednocześnie czuję wszystko za mocno, za wiele tego... A jednocześnie nic nie czuję. Tylko pustkę.
Ocieram czoło z potu. Wstaję z łóżka i zakładam na siebie pleciony koc. Podchodzę do drzwi i otwieram je lekko. Wiem, że strażnicy dalej tam stoją, inni niż za dnia, tak mi się wydaje, przecież kiedyś muszą odpocząć, ale mam nadzieję że nie zwrócą na mnie większej uwagi.
Tego wieczoru dowiaduję się, że moja komnata usytuowana jest na wprost tej generała. Widzę, jak przemierza korytarz w spoconej koszulce. Otwiera drzwi do komnaty. Jego blond włosy są w nieładzie. Musiał właśnie wrócić z ćwiczeń. O tej godzinie? Widać nie tylko mnie męczą koszmary. Nie obchodzi mnie to. Zatrzaskuję za sobą drzwi i kładę się z powrotem do łóżka.
Przez kilka następnych dni starałam się go skrupulatnie omijać, co wychodziło mi bardzo dobrze. Wychodziłam ze swojej komnaty, tylko gdy chciałam iść do sali treningowej i na szczęście, wtedy nie było go w okolicy. Aż do wieczora, kiedy to mam iść na kolację z władcą, Generał postanawia, że osobiście mnie odprowadzi, jakby moi strażnicy nie mogli tego zrobić.
Moje służące dokonują ostatnich poprawek na mojej sukience, włosach i makijażu. Muszę wyglądać lepiej niż zwykle. Idę przecież na kolację z królem.
Słyszę ciche pukanie. Drzwi się otwierają.
— Jesteś gotowa? — pyta Damen.
— Tak. A nie widać?
Nic nie mówi, jedynie wysuwa swoje ramię. Że niby mam go wziąć pod ramię? Chyba oszalał. Mijam go i wychodzę na korytarz. Nie komentuje tego. Po prostu zrównuje swój krok z moim.
— Co się stało, że tak nalegałeś na nasze spotkanie, Damenie?
Spogląda na mnie z szeroko otwartymi oczami. Uśmiecham się zwycięsko.
— Jeśli chcę, to zdobędę potrzebne mi informacje. Taka już jestem. Mam swoje źródła.
— Więc teraz należy mi się poznać i twoje imię.
Otwieram oczy szerzej niż on. Nie wie jak się nazywam? Myślałam, że słyszał, kiedy przedstawiałam się władcy, chyba, iż wtedy nie było go już w komnacie. Jednakże po tych kilku dniach powinien dowiedzieć się jak się nazywam, nie uwierzę, że nie jestem jednym z tematów, uwielbianych przez te mury zamkowe i ludzi mieszkających tu, plotek.
Jednakże jestem miłym człowiekiem, więc mówię:
— Lilian.
— Lilian, radzę ci zachowywać się w towarzystwie króla lepiej niż w moim.
Śmieję się.
— Och, Generale, nie jestem samobójczynią. Wiem, co mam robić. Jestem o wiele mądrzejsza niż ci się może wydawać. Nie mogę zachowywać się protekcjonalnie wobec człowieka za rozkazem, którego mogę w okamgnieniu zawisnąć na stryczku.
— Z mego rozkazu też mogłabyś się tam pojawić.
Patrzę na niego spod przymrużonych powiek. Orientuje się, że nie dowierzam jego słowom.
— Nie mógłbyś tego uczynić, ponieważ twoim zadaniem, którego nie wykonujesz, nawiasem mówiąc, jest szkolenie mnie. Król, gdy będzie chciał mnie zabić, nie martw się, sam to zrobi za jednym tylko ruchem miecza.
— Nie mogę wykonywać swego zadania, ponieważ mam bardzo upartą i bezczelną uczennicę.
Piorunuję go wzrokiem.
— To tutaj — mówi. — Zachowuj się.
— Nie jestem dzieckiem, Generale, poradzę sobie.
Odchodzi. Pukam do drzwi. Dwoje strażników stojących przy drzwiach, otwiera je. Komnata jest ogromna. Wzdłuż ciągnie się długi stół. Na jego drugim końcu siedzi władca. Przygląda mi się z zafascynowaniem. Przełykam cicho ślinę. Idę w jego stronę. Co dziwne, kiedy do niego podchodzę, wstaje i odsuwa dla mnie krzesło obok siebie.
— Pięknie wyglądasz.
Moje służące naprawdę się postarały. Gorset sukni z krótkimi rękawkami z dekoltem w kształcie litery „v” w odcieniu głębokiej czerwieni oraz wielowarstwowy, tiulowy dół barwy ciemno-szkarłatnej. Włosy upięły mi wysoko na czubku w koka, a jedynie kilka kosmyków zostawiły mi po jednej stronie głowy.
Siadam. On obok mnie, nie spuszczając ze mnie wzroku. W tej samej chwili do jadalni wchodzi służba, wioząc na wózku kolację dla nas. Pierwsze danie to zupa krem. Następnie podano ziemniaki w słodkim sosie i jakieś wykwintne mięso, którego nazwy nie znam. Rozkoszuję się powoli każdym kawałkiem potrawy.
— Jak ci się tutaj podoba, Lilian?
Przestaję jeść i spoglądam na niego. Co mam mu powiedzieć? Jest okropnie, nienawidzę być w zamku, w którym żyje władca, odpowiadający za przelewającą się w tak dużych ilość krew, za śmierć niewinnych, za śmierć Adama. Co mam mu powiedzieć? Wszystko to, co mu się spodoba. Muszę go uraczyć kłamstwami.
— Jestem ci wdzięczna, Mój Władco, za twoją łaskę. Czuję się tutaj wyśmienicie. Te suknie, potrawy i ma komnata, ale najlepiej mi w sali treningowej.
— Słyszałem od Generała, że bardzo dobrze ci idzie. Chwali cię cały czas. Jesteś naprawdę dobra. Wierzę w to i nie zawiedź mnie. Chcę cię mieć po pojedynku u swego boku jako generała jednego z moich oddziałów.
Uśmiecham się sztucznie, gdyż w głowie mam mętlik. Chwali mnie? Ale jak? My nie ćwiczymy razem. On mnie nawet nie lubi, więc dlaczego kłamie. Mógłby powiedzieć prawdę, przecież nie zależy mu na mym życiu. Więc po co to robi… to wszystko.
— Za ponad tydzień odbędzie się tutaj bal wiosenny. Chciałbym, byś mi towarzyszyła. Jesteś piękna. Przyjemnością byłoby dla mnie przedstawienie cię innym. Zgodzisz się mi towarzyszyć?
Nie — chcę powiedzieć, wiem jednak, że tak mi nie wolno. Muszę się zgodzić. Nie będzie to dla mnie przyjemnością. Dlaczego tego chce? Przecież dla niego jestem nikim. Jestem tylko Wykluczoną.
— Będzie to dla mnie zaszczyt. — Obdarzam go wymuszonym uśmiechem.
— Nie zawiedziesz się. Bale, które organizuję są cudowne. To zaszczyt dla człowieka, by mógł w nich uczestniczyć.
Dla mnie również będzie to zaszczyt. Bo czyż jest coś lepszego niż bal w pałacu królewskim z władcą u twojego boku? Oczywiście, że nie. Zaciskam usta w  wąską kreskę. Rób to, co każą. Bądź taką, jaką oni chcą, żebyś była i pewnego dnia zbuntuj się. Tak właśnie chcę zrobić. Pokonać tych potworów w ich własnej jaskini, kiedy będą się tego najmniej spodziewać.
Kończę jeść i spoglądam na swojego władcę z obrzydzeniem. On również nie odrywa ode mnie wzroku. Nagle, całkowicie niespodziewanie nakłada swą dłoń na mą, spoczywającą na stole. Otwieram szeroko oczy. Odsuwam dłoń i kładę ją na kolanie pod stołem. Nie podoba mu się me zachowanie.
Nagle coś do mnie dociera. Myśl, obawa, która wcale nie musi być prawdą. Zaprasza mnie na bal, dotyka mej dłoni, patrzy na mnie z pożądaniem. Jestem jego zabawką. Okazał mi łaskę, litość. Nie zabił mnie, kiedy przyszłam do jego zamku, chociaż miał ku temu podstawy. Nie zrobiłby tego, wiedząc, iż nie będzie miał z tego korzyści.
Chce mnie.
— To był zaszczyt móc zjeść z tobą posiłek — mówię, chcąc już stąd uciec. Nie wstaję jednak, nie wiem, czy mi wolno.
— Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś to powtórzymy.
Wstaje od stołu i pomaga mi również się podnieść z krzesła, choć wcale nie potrzebuję tej pomocy. Unosi mą dłoń do swoich ust i całuje ją. Kiedy wrócę do swej komnaty, będę szorować skórę, aż nie będę wspominać jego ust na swym ciele.
Wychodzę powolnym krokiem z jadalni. Kiedy jestem już na korytarzu, przyspieszam. Moi strażnicy idą już za mną, chociaż to nie oni mnie odeskortowali tylko generał.
Po powrocie do komnaty, pierwsze o co proszę to kąpiel. Przygotowują ją, nie pytając nawet, jak było na kolacji, chociaż wiem, iż bardzo chciałyby się tego dowiedzieć. Wręcz zdzieram z siebie sukienkę i wchodzę do wody. Proszę, by nie przygotowywały mi jeszcze koszuli nocnej a strój treningowy. Wykonują moją prośbę, nie pytając o nic. Przebieram się w strój do ćwiczeń i spinam włosy w kucyk na czubku głowy. Wręcz wybiegam z komnaty i szybkim tempem pokonuję drogę do sali treningowej, nie zważając na moich strażników, idących za mną krok w krok. Nie rozciągam nawet mięśni, tylko chwytam noże powieszone na ścianie, ustawiam tarcze i zaczynam ciskać bronią. Skupiam się maksymalnie. Staram się jak najlepiej wykonać każdy rzut. Aż w końcu tracę siły, zaczynam rzucać tylko po to, by wyładować emocje, by pozbyć się bólu. Krzyczę za każdym rzutem. Nie zauważam nawet, kiedy po policzkach zaczynają mi spływać łzy. Gdy rzucam ostatni nóż przed siebie, upadam na ziemię. Nagle słyszę za sobą czyjeś kroki. Nie podnoszę głowy. Nie chcę nikogo widzieć.
— Widzę, że kolacja była emocjonująca. Muszę ci powiedzieć, że masz wspaniałego cela. Ilekroć nie rzucałaś, zawsze trafiałaś do celu.
Nie podnoszę nawet na niego wzroku, jedynie mówię:
— Zostaw mnie w spokoju. Podobno nie jesteś moim nauczycielem, więc co tutaj robisz. Dlaczego chwalisz mnie do władcy, skoro nie ćwiczysz ze mną?
Podnoszę na niego wzrok w oczekiwanie na odpowiedź. Muszę jednak zobaczyć wyraz jego twarzy. Nie patrzy na mnie. Wstaje z ziemi. Nawet nie wiedziałam, że siedział obok mnie. Idzie w stronę tarcz i wyciąga wszystkie noże.
— Nie muszę być twoim nauczycielem, by przychodzić i patrzeć, jak ćwiczysz, a tym bardziej mówić prawdę o tobie naszemu władcy. Każde słowo było szczere. Jesteś naprawdę dobra.
Widzę, jak rzuca noże w sam środek jednej a następnie drugiej tarczy. Widzę, jak koszulka za każdym razem unosi się. Jak jego mięśnie się napinają. Widzę jego skupioną twarz.
— Opowiem ci swoją historię pod kilkoma warunkami — mówię, wstając. Ocieram łzy z policzków i podchodzę do niego. Nie patrzy na mnie, tylko na tarczę przed sobą.
— Jakie? — pyta, podchodząc do tarczy po wszystkie noże.
— Oddasz mi miecz, należał do kogoś mi bliskiego, zależy mi na nim. Wyszkolisz mnie tak, by nikt nie mówił, może wygra. Tylko, by wszyscy mówili: nikt jej nie pokona. Nie będziemy tylko tu ćwiczyć. Poza zamkiem również. Weźmiesz mnie, kiedyś ze sobą na front, gdy będziesz walczyć z naszym odwiecznym wrogiem. Opowiesz mi swą historię.
— Dobrze, ale nie opowiem ci swej historii.
— Opowiesz. — Podchodzę do niego i biorę jeden z noży, celuję w sam środek tarczy. — Daję ci czas do ogłoszenia uczestników Pojedynku Krwi.
Długo milczy.
— Dobrze — odpowiada w końcu. Uśmiecham się lekko. Wygrałam.
— Widzimy się jutro, Generale, w bibliotece. Tylko się nie spóźnij.
Idę w stronę wyjścia, słysząc jego śmiech. Brzmi wprost jak ptasi trel, tak przyjemnie. Uświadamiam sobie właśnie, iż słyszę go po raz pierwszy. Szybko otrząsam się z tego zamyślenia. Wtedy zauważam również, że moich strażników nie ma w komnacie. Nigdy nie zostawiali mnie tutaj samej. Ale przecież nie jestem sama.
— Zaprosił cię na bal wiosenny? — pyta, nim otworzę drzwi. Odwracam się w jego stronę. W tym momencie spogląda na mnie.
— Tak. Skąd wiesz?
Rzuca ostatni nóż i idzie w mą stronę.
— Wspominał dziś rano o swoich planach. Widzę w jego oczach coś. Pożądanie. Nie takie, jakie powinno być widoczne w oczach człowieka, który się zakocha. Za tym pożądaniem kryje się mrok.
— Generale, ostrzegasz mnie przed władcą?
— Nie, nie ostrzegam cię.

Kłamie. Nie muszę nawet szczególnie się wysilać, by to ujrzeć w jego oczach. Uczucia. Podobno to czyni nas ludźmi. Więc, co? Są naszymi sprzymierzeńcami? Może, czasami. Sądzę, jednak iż to nasi najwięksi wrogowie. Ludzie nas zdradzają, nie mamy na to wpływu. Tak już jest od zawsze, ale uczucia. To dopiero potworne kreatury. Zdradzają nas dokładnie jak ludzie bez ostrzeżenia. Tylko, że one są częścią nas, nie możemy od nich uciec. Niestety, obojętnie jak bardzo tego pragniemy, to niemożliwe. Nie zastanawiam się nad nimi, tymi uczuciami, nad tym spojrzeniem, przez które w mojej głowie tworzą się miliony pytań, po prostu wychodzę z sali treningowej. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie!
I jest już rozdział czwarty. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Starałam się poprawić wszystkie błędy, wybaczcie mi jednak, jeśli mimo to jakieś się pojawią. Zapraszam Was do komentowania i obserwowania mojego bloga. Każda Wasza opinia jest dla mnie naprawdę bardzo ważna. Motywuje mnie do dalszego pisania. :)
Czytasz=komentujesz 
Do następnego posta! ;)